Z bilą u nogi czyli...

Dla tych co się nie orientują, stół jest mniejszy a bile większe, pewnie dlatego aby łatwo było w nie trafić;). To, że gram, nie znaczy, że gram dobrze. A dlaczego? Może podsumuję w formie małego rachunku sumienia moje małe grzeszki, ku przestrodze. Tak więc:
- do klubu przychodzimy trzeźwi, nie pijemy broń boże nic wcześniej, nawet piwka, bo zamiast nakręcać powoduje lekkie zblazowanie i brak pewności w uderzeniach w bilę,
- gdy przekraczamy już progi gościnnego przybytku ze stołami pokrytymi zielonym suknem, również nie zamawiamy żadnego alkoholu, bo im więcej procentów, tym mniejszy procent udanych trafień,
- najlepiej jeśli w miejscu, do którego idziemy grać nie wolno palić, gdyż dym w dużych ilościach potrafi rozkojarzyć, o łzawiących oczach nie wspomnę.
- cisza… nie mniej ważna niż powyższe punkty. Nie ma nic gorszego niż gra w hałasie i przy głośnej muzyce, która potrafi wwiercać się w nasz mózg, niczym młot pneumatyczny,
- punkt powiązany z poprzednim, najlepiej się gra w klubach bilardowych z prawdziwego zdarzenia, a nie pubach, gdzie jest stół do bilarda. Różnica jest taka, że do klubu przychodzi się pograć (i ewentualnie napić piwa) a do pubu wypić piwo i ewentualnie pograć. Wybór należy do ciebie;)!
- jeśli grasz słabo (tak jak ja) lepiej graj z przeciwnikiem twojej klasy, aby się za szybko nie zdołować i nie zniechęcić do tej królewskiej gry. Wierzcie mi, że nie ma nic gorszego niż szybkie pozamiatanie i zakończenie partii w kilka chwil. Zero emocji, zero przyjemności,
- o taktyce nie wspomnę, bo nie znam się na niej;). Zalecam jedynie nie walić w bile na oślep jak z armaty, ale celować i pykać bardziej technicznie. Lekko nie znaczy źle,
- co jakiś czas polecam czyścić tipa (znaczy końcówkę kija) kredą, która winna być na wyposażeniu stołu, to naprawdę pomaga. No, chyba starczy mojego mądrzenia się. Wszystkie powyższe punkty polecam traktować z przymrużeniem oka, w końcu mamy się bawić grą a nie stresować;).
Data publikacji:
2010-04-09
Autor:
Tomasz
Powrót
Ilość podstron:
1